Nowe Ziemie, Wyspy – tekst ze świata fantasy

Morze jest prawie idealnie płaskie, wzburzone jedynie śladem naszego okrętu, a wiatr jest ledwo wyczuwalny. Okoliczny spokój mącony jest jedynie skrzypieniem desek, szumem fal rozbijających się o burtę, krzykami brodatego bosmana oraz moimi rozmowami z weteranem z Inferium, któremu udało się szczęśliwie zakończyć pięć lat służby.

Tak mijały godziny do czasu, gdy Słońce przestało prażyć naszych głów. Byłem tak zajęty rozmową, że nawet nie zauważyłem, gdy wpłynęliśmy w mgłę. Na początku rzadką, ale z każdą minutą gęstniała. Po chwili nie widziałem już palców u swojej ręki. Wiatr ustał. Przerażające doświadczenie – byliśmy sami w pułapce, którą był nasz okręt, a dookoła pustka. Gdyby tego było mało gdzieś z oddali zaczął narastać ten dźwięk przypominający ten, wydobywający się z wielkich rogów wojennych, z początku cichy w końcu zagłuszył wszystko. Ciężko powiedzieć jak długo to trwało, czas wydawał się nie płynąć. W ten poczułem lekki podmuch na swoim policzku. W mgnieniu oka podmuch zmienił się w wiatr, a ten w wichurę. W wodę zaczęły trzaskać pioruny, dzięki którym zobaczyliśmy zarys ogromnej spiralnej góry wystającej z wody. To Palec Tytana. Prąd zniósł nas aż tu. Marynarze zawsze starają się omijać to miejsce, dzieją się tu dziwne rzeczy i lepiej nie kusić czarta. Burza miotała nami jak zabawką. Maszt z którego nie zdążono ściągnąć żagla pękł jak zapałka waląc się na brodatego bosmana gruchocząc mu czaszkę. Po tym wszystko ustało, tak jakby cała ta sytuacja miała na celu tylko odebranie jednego życia. Zmęczeni i zaniepokojeni popłynęliśmy dalej, a po kilku kolejnych godzinach na morzu spędzonych w ciszy znad horyzontu zaczęły wyglądać na nas wieże Węzła.

Po zejściu na ląd wraz z Yakke udaliśmy się do nadbrzeżnej gospody odpocząć po podróży oraz posłuchać wieści. Ludzie narzekali na olbrzymy z północy, olbrzymy narzekali na szare elfy kradnące ich zapasy, szare elfy opowiadały dowcipy o krasnoludach, a krasnoludy opowiadały o strachach w kopalniach. Wiele słów o wszystkim i o niczym. Dla oszczędności jak zwykle poszliśmy spać w jednym pokoju.

Obudziło mnie kolano wbite w moje plecy oraz cichy szept:

-Gdzie ten drugi?

Kątem oka zobaczyłem, że posłanie Yakke jest puste. Chciałem zacząć tłumaczyć, jednak powstrzymała mnie ręka zakrywająca mi usta. Zrozumiałem wtedy, że napastnikowi wcale nie chodziło o odpowiedź. Usłyszałem metaliczny dźwięk wyciąganego z pochwy sztyletu. Dźwięk ten sprawił, że na całym ciele poczułem zimny pot. Szum ciętego powietrza i głuche, lekko soczyste uderzenie. Przypominało to odgłos rozgniatanego pomidora…. z tym mi się to skojarzyło. Ciężar upadających zwłok…. ale nie moich! Obcy upadł na mnie, a ja zacząłem przesiąkać jego posoką. Kątem oka dostrzegłem wysokie skórzane buciory z ćwiekami. Yakke takie nosi. Zepchnął ze mnie truchło żebym mógł się podnieść, a następnie je przeszukał. Nic nie znalazł, jednak wiedział o co chodzi. Jutro mamy odwiedzić prezesa stoczni, który zaciągnął pokaźny dług w Banku Kupieckim. Noc spędziliśmy błąkając się po uliczkach węzła przyglądając się śpiącym na ulicach osobom.

Gdy niebo na wschodzi zaczynało jarzyć się samego rana ruszyliśmy do dzielnicy portowej, aby uciąć sobie pogawędkę z dłużnikiem i przypomnieć mu o jego zobowiązaniach i warunkach umowy. Do stoczni weszliśmy ukradkiem przeskakując przez płot, a następnie wśliznęliśmy się do biura omijając półprzytomnych strażników.

W jego biurze spędziliśmy około dwóch godzin przeglądając znalezione tu dokumenty, aż w końcu ktoś z zewnątrz otworzył drzwi. Była to gruba postać, ubrana w bardzo szykowne ubranie, choć lekko zniszczone i zabrudzone tłuszczem. Czytając dokumenty, dostrzegł nas dopiero, gdy już był prawie na środku pokoju. Upuścił papiery, po czym jego twarz zaczerwieniła się w złości, ale chyba, gdy zdał sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy kolejnymi urzędnikami wyraźnie pobladł, a na jego czole zaczęły pojawiać się krople potu, a na słowa Yakke „Bank Kupiecki”, zmienił kolor na trupio-blady. Z miejsca zaczął się tłumaczyć, lekko jąkając się:

Ppanowie ja bardzo pprzepraszam, ale jest taka sytuacja. Bbrakuje nam materiałów, mamy opóźnienia w stoczni, a kontrahenci nie chcą płacić.

Yakke wydawał się nie słuchać. Grzecznie i spokojnie poprosił grubasa aby podszedł do biurka i położył na nim ręce. Ten niechętnie, ale wykonał polecenie. Sztylet, który jeszcze pamiętał wczorajszą krew znów miał okazję jej zasmakować. W powietrze jak dwie tłuste kiełbaski odleciały palce dyrektora. Początkowy szok nie dał mu krzyknąć, ale po już po chwili darł się wniebogłosy. Do pomieszczenia wpadło dwóch strażników zaalarmowanych ujadaniem ich szefa. Gotowi byli się na nas rzucić jednak grubas w przejawie przytomności stanowczo kazał im wyjść. Wiedział, że skończyło by się to dla niego jeszcze gorzej niż teraz. Obiecał zapłacić zaległe raty w ciągu miesiąca, a my opuściliśmy teren stoczni. Na twarzy Yakke malował się uśmiech zadowolenia z dobrze wykonanej pracy.

Idąc przez Nową Szansę widzieliśmy wiele nowych ubogich, luźno porozrzucanych chałup. Pomimo tego, że ziemia jest tu bardzo żyzna, to brakuje tutejszym ludziom sprzętu oraz umiejętności aby skutecznie ją uprawiać. Nic dziwnego, większość mieszkańców to górnicy oraz rzemieślnicy, którzy zmuszeni byli migrować tu z powodu eksplozji gór. Kradzieże oraz rozboje są tu na porządku dziennym. Jedynie od czasu do czasu widzieliśmy bogatszą posiadłość, która zazwyczaj należała do jakiej bardziej przedsiębiorczej osoby, która dorobiła się na zawyżaniu cen jedzenia.

Opuszczamy Nową szansę kierując się drogą na północ pomiędzy Schodami, a Wężem Morskim. Przed eksplozją gór te płaskowyże były wyspami po środku oceanu odcięte od reszty świata za pośrednictwem wysokich klifów. Wioski, które się tam znajdują ciągle się praktycznie z nikim nie kontaktują. Jedynie kilku śmiałków odwiedziło tamtejsze plemiona i było w stanie przekazać nam o nich informacje. Pierwsze, co rzucało się w oczy to ich zdeformowane ciała, co zapewne jest spowodowane krzyżowaniem się członków plemienia jedynie we własnym gronie przez wiele pokoleń. Bariera językowa uniemożliwiła rozpoczęcie dialogu z badaczami, a niechęć tubylców do obcych uniemożliwiła ich dłuższą obserwację.

Podróżując drogą mijaliśmy wiele wozów na których siedziały całe rodziny pełne nadziei na znalezienie lepszego losu. Czeka ich wielki zawód. Po drodze, gdzieś pomiędzy Wielką Rafą, a Bagnami pod Gniazdem natknęliśmy się na szkielet wieloryba, który przypomniał nam o przeszłości tej krainy, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowała się pod wodą. Na rozdrożu ponownie skierowaliśmy się na północ, na drogę, która prowadzi do dwóch wrogich sobie osad – Hasi oraz Klot. Nie będziemy ich odwiedzać, a przejdziemy po zachodniej stronie rzeki Ordari, tuż pod klifem.

Podróżujemy teraz po północnych terenach, które nie są zbyt często odwiedzane przez ludzi z powodu stworzeń na które można się tu natknąć. Głównie są to wielkie owady, które znalazły tu idealne warunki do życia. Prawdopodobnie ma to jakiś związek z gazami, które wydobywają się spod ziemi oraz szerokiej gamie kryształów w tym magicznych, które tu występują. Mrówki wielkości małych psów, osy rozmiarów orła są tu częstym widokiem, z tego powodu musieliśmy wysmarować się jakimś paskudztwem przygotowanym przez Yakke, które ma sprawić, że tutejsza fauna będzie nas ignorować.

Po kilku godzinach marszu, wieczorem, gdzieś pomiędzy skałami zauważyliśmy kawałek metalu, który od którego powierzchni wprost w moje oczy odbiły się ostatnie promienie słońca. Pchnięci podróżniczą ciekawością postanowiliśmy to zbadać. Już po kilku krokach w tamtą stronę zaczął nam się ukazywać jakiś mechanizm. Jego rozmiar był imponujący, jakieś 20 na 15 metrów, był też widocznie uszkodzony. Mniej więcej na jego środku znajdowała się dziura przez którą mogliśmy spokojnie wejść do środka. Drogę do dalszych części mechanizmu skutecznie zablokowało nam gruzowisko oraz potężne wrota, które były w jakiś sposób połączone z resztą obiektu. Yakke na prędce spisał raport z naszego znaleziska. Nie mogliśmy poświęcić dużo czasu na eksplorację tego miejsca, gdyż jutro w południe musimy spotkać się z olbrzymami z Pływającej Góry.

W związku ze straconym czasem, który straciliśmy na badanie mechanizmu, nie mogliśmy rozbić w nocy obozu. Maszerowaliśmy całą noc przemykając pomiędzy wyrośniętymi owadami. Późnym rankiem minęliśmy Pas Północy, czyli ciąg pięciu wysp, z czego trzy były zamieszkane przez nie poznane jeszcze plemiona. Stąd mamy już nie daleko do kolejnego celu naszej wędrówki, czyli wielkiego szkieletu. Gdy już się tam dostaliśmy, odniosłem wrażenie, że jesteśmy raczej na cmentarzysku. Wszędzie nas otaczały szczątki wszelkiej maści morskich stworzeń, a nad tym górowały wielkie kości jakiejś pradawnej kreatury, która zapewne miała w swoim żołądku te wszystkie zwierzęta w chwili swojej śmierci.

W południe do brzebu przybiła łudź w której siedział olbrzym, mający nas zabrać na Pływającą Górę. Już czuję chłód…