Pływająca góra – tekst ze świata fantasy.

Kolejny raz na otwartej wodzie. Tym razem jest jednak inaczej. Nie siedzę na wielkim okręcie, ale na małej łódce, na której siedzę ja, Yakke oraz melodyjnie pomrukujący olbrzym. Nie jest wcale przyjemnie. Wiatr wyciska mi łzy z oczu, a lodowata woda podrywana z powierzchni morza sprawia, że cały dygoczę z zimna. Raz chciałem się odezwać, ale miałem tak przemarznięte usta, że dałem sobie z tym spokój.

Płynęliśmy tak dwie lub trzy godziny, kiedy to zaczęliśmy mijać pływające góry lodowe. Zaiste majestatyczny widok, choć nie byłem w stanie okazać mojego podekscytowania. Poruszyłem się dopiero, gdy podpłynęliśmy do którejś z kolei bryły lodu, na której zamontowane były maszty z żaglami. Dopiero, gdy przetarłem zmęczone oczy dostrzegłem więcej szczegółów: łodzie przycumowane do jej brzegu, wszelkiej maści drewniane konstrukcje, oraz wykuty w lodzie zamek. Robił niesamowite wrażenie. Jego gładkie ściany oślepiały nas, gdy odbijały ostatnie promienie słońca, a miejscami można było dostrzec, co znajduje się wewnątrz.

Zostaliśmy przywitani przez grupę pięciu olbrzymów. Czworo z nich było zapewne zwykłymi żołnierzami – wyposażenie w lekkie pancerze wykonane ze skóry, a w rękach dzierżący włócznie o długości około trzech metrów, choć przy nich wydawały się na dużo krótsze. Jeden z nich znacząco się wyróżniał, zapewne był to wysoko postawiony oficer lub możne nawet generał (o ile olbrzymy posiadają taką rangę). Ubrany był w bogato zdobioną łuskową zbroję, której płytki pochodziły zapewne z jakiegoś morskiego zwierza. U boku nosił miecz, który nazwałbym oburęcznym, jednak jestem pewien, że mógł posługiwać się nim jedną ręką. Odprowadzili nas do jednej z niewielkich sal zamku. Po środku stał stół oraz dwa krzesła, które musiały zostać przygotowane specjalnie dla nas – były zwyczajnie za małe dla olbrzymów. Usiedliśmy i zostaliśmy sami. Zacząłem przyglądać się ścianom i okazało się, że nie były tak przezroczyste, jak sobie to wyobrażałem na początku. Nie miałem dużo czasu na przyglądanie się fantastycznym wzorom, które zdobiły prawie wszystkie powierzchnie za sprawą jadła, które zostało nam podane. Byłem tak wychłodzony i wygłodzony, że prawie rzuciłem się na podawaną mi miskę, z której energicznie odrywał się strumień pary. Była to jakaś tłusta breja, której zapewne w innych okolicznościach bym nie tknął, ale… była to najlepsza breja, jaką miałem w ustach, lecz nie wiem, czy było to sprawą kunsztu kucharza, czy może raczej mojego stanu. Po uczcie zostaliśmy odprowadzeni do sypialni, które współdzieliłem z Yakke. Miękki materac oraz grube puchowe futro szybko mnie uśpiły.

O wschodzie słońca przebudziłem się, lecz postanowiłem nie otwierać oczu, chciałem dać sobie jeszcze kilka chwil błogiego odpoczynku. Jednak z minuty na minutę komnata robiła się coraz jaśniejsza za sprawą lodu, który mimo tego, że nie był przeźroczysty jak szkło, to przepuszczał dużą ilość światła. Zbrodni pobudki dopełniły odgłosy kroków, które żwawo przemieszczały się za drzwiami w jedną i w drugą stronę. Otwierając oczy zobaczyłem puste posłanie w którym spał Yakke. Nie dziwiło mnie to już. Chwilę później usłyszałem dudnienie drzwi. Pukanie było namiastką grzeczności, gdyż nawet bez mojej odpowiedzi próg komnaty przekroczyła postać w habicie. Odniosłem wrażenie, że była to kobieta, choć ciężko było to stwierdzić z całkowitą pewnością – byłby to pierwszy raz, kiedy widziałem olbrzymkę. Przyniosła mi nowe szaty, abym mógł się przebrać, a następnie gestem poprosiła mnie, abym szedł za nią. Dotarliśmy do wielkiej sali, w której centralnej części znajdował się okrągły stół, a siedziało przy nim pięciu olbrzymów oraz Yakke. Było też miejsce dla mnie. Reszta przestrzeni tego pomieszczenia wypełniona była wieloma mniejszymi ławami, przy których siedzieli (chyba) mniej ważni goście. Jedliśmy oraz piliśmy. Próbowałem też rozmawiać ze zgromadzonymi przy moim stole dostojnikami we wspólnym języku, ale nie było to łatwe. Olbrzymy posiadają dość swoistą budowę ust, która uniemożliwia im wyraźną mowę, a przy okazji mają tak specyficzny akcent, że musiałem wkładać dużo wysiłku w zrozumienie jakiegokolwiek zdania. W końcu, jak wtedy mi się wydawało z przesytu, zacząłem robić się bardzo senny, a moja głowa wylądowała w talerzu pełnym rybich ości.

Sen przerwał mi straszny ból głowy. Z wysiłkiem otworzyłem oczy, aby spróbować dostrzec to, co dzieje się dookoła mnie. W całej sali w pośpiechu pracowały olbrzymy, ustawiały dookoła mnie jakieś kamienne kolumny, a jeden z nich, którego futro pokryte było dziwnymi symbolami, rysował je również na lodzie wokół pala, do którego jestem przykuty. Jestem przykuty do pala! W pierwszym odruchu zacząłem się szarpać w nadziei, że uda mi się zerwać pęta, jednak ból oraz skóra zdzierająca się z moich nadgarstków przekonały mnie, że nie ma to sensu. Zacząłem rozglądać się dookoła, licząc na to, że znajdę gdzieś odpowiedź na pytanie: „co tu się dzieje?”. Kilka metrów ode mnie stał Yakke. Rozmawiał z jednym z olbrzymów. Ciągle patrzył na mnie, więc nie uszło jego uwadze to, że patrzyłem się na niego z miną pełną wielu emocji; błagania, gniewu, strachu, zagubienia. Pokiwał głową i ruszył w moją stronę. Był spokojny i pewny siebie, tak jak zwykle, co jeszcze bardziej mnie przeraziło. Mój pełen złości krzyk „Gadaj, co się dzieje” przypominał bardziej skamlanie psa, niż żądanie prawdziwego mężczyzny.

Yakke spokojnie położył mi swoją prawą dłoń na moim ramieniu, a lewą ręką trzymał moją głowę, gdyż dostrzegł, że ciągle mam problemy z utrzymaniem jej prosto. Głośno i wyraźnie zaczął mi tłumaczyć moją sytuację. Powiedział mi, że za niedługo umrę mimo tego, że jestem avatarem, a moja dusza zostanie użyta do przywrócenia dawnej świetności całej rasie olbrzymów. Pomyślałem, że musi żartować. Jaki avatar, jaka dawna świetność? Mówił jeszcze do mnie przez kilka kolejnych chwil, ale jego słowa chyba już do mnie nie docierały. Strach oraz szok mnie ogłupiły.

Przygotowania dobiegły końca. Gdzieś na zewnątrz zamku rozgrzmiał głos wielkiego rogu, a kilka chwil później sala zaczęła wypełniać się milczącymi postaciami. Yakke rzucił do mnie jeszcze ostatnie słowa: „Nie miej do mnie pretensji przyjacielu, to tylko biznes”, po czym dołączył do tłumu. Jeden z olbrzymów – przywódca, co było widać po jego postawie oraz ubiorze wystąpił na środek sali i rozpoczął przemówienie w języku, którego nie znałem. Kilkukrotnie wskazał na mnie ręką, co tylko jeszcze bardziej mnie rozzłościło. Do tego stopnia, że wszystkie inne uczucia ustąpiły pola gniewowi. Zacząłem szarpać się, jak jeszcze nigdy w życiu, walczyłem z całych sił i krzyczałem. Kajdany zdarły mi z lewej dłoni kawał mięsa i byłem już bliski jej uwolnienia… lecz podszedł do mnie ich kapłan, ten ze znakami futrze. Naparł na mnie swoją wielką łapą tak, że nie miałem szansy na złapanie oddechu. Chyba oboje poczuliśmy, jak chrupnęło mi żebro, bo od razu odstąpił. Ból i beznadziejność sytuacji odebrały mi całą chęć do walki, która kipiała we mnie jeszcze kilka sekund temu. Jestem słaby, godzę się na swój los.

Jestem ja przybity do pala, dookoła mnie wymalowane znaki, jakiś metr dalej, po ukosie widzę dwa duże stoły, przede mną kapłan, a dalej, wszędzie dookoła tłum obserwatorów. Do każdego ze stołów podchodzi olbrzym. Zaczyna mamrotać, po tym zdejmuje swoje ubranie i kładzie się na stole twarzą patrząc w sufit. Po chwili do pierwszego z nich podchodzi kapłan. Wyciąga nóż, a następnie powolnym ruchem podcina gardło temu, który leżał na stole. Ten leżący nie broni się, wydaje się być nawet szczęśliwy, że umiera. Za moment to samo ma miejsce przy drugim stole. Powietrze zgęstniało, zewsząd zaczął mnie dochodzić metaliczny jazgot. Runy dookoła mnie zaczęły iskrzyć się bladym czerwonym światłem. Nie miałem czasu, aby podziwiać ten spektakl zbyt długo, z powodu postaci, która pojawiła się tuż przede mną. W ręku miała długi kryształ, który po chwili gdzieś zniknął. Zakręciło mi się w głowie i nie mogłem złapać oddechu. Moja głowa opadła. Jest, znalazłem go! Ucieszyłem się jak dziecko, bo udało mi się go odnaleźć. Teraz już wiem, jak głupie to było. Schował się w moim sercu, za sprawą futrzastej ręki. Ostatnie, co usłyszałem, to dudnienie ścian, a ostatnim, co poczułem była błogość i szczęście z tego, że to już koniec.

Jednak nie do końca.

Nie tak wyobrażałem sobie śmierć. Myślałem, że spotkam swoich bogów lub, że zniknę w pustce. Jednak ciągle tu jestem. Jestem ciągle świadomy samego siebie. Dookoła mnie nie ma nic, a wciąż czuję, jakbym był rozrywany na strzępy przez… coś! Staram się ruszyć, lecz nie mogę, staram się otworzyć oczy, lecz nic nie widzę. Jedynie czuję, że coś powoli mnie pochłania. Żałuję teraz, że pogodziłem się ze swoim losem. CHCĘ WAS ZNISZCZYĆ!!!